Czyje miasto? O zawłaszczaniu przestrzeni we Wrocławiu

Gwałtowne zmiany Wrocławia w ostatnich latach są widoczne gołym okiem. Coraz więcej biurowców, galerii handlowych i dyskontów, fast foodów, w tym dwa symbole tych zmian – olbrzymie, warte kilka miliardów złotych inwestycje: Stadion Miejski oraz dominujący nad horyzontem Sky Tower. Władze miasta, „mistrzowie Polski” w public relations, sprzedają nam ten obrazek jako dowód na rozwój i bogactwo naszego miasta. Czy rzeczywiście dzięki tym inwestycjom spłynął na nas wielki dobrobyt? Czy te zmiany w ogóle przynoszą nam jakiekolwiek korzyści? Czy my – zwykłe mieszkanki i mieszkańcy tego miasta – możemy czuć się tutaj jak u siebie? Śladem poprzednich Manif przypominamy o antyspołecznym wymiarze rzekomego rozwoju.

Otaczające nas inwestycje są efektem olbrzymiego napływu środków finansowych. W ciągu ostatnich 15 lat powierzchnia biurowa we Wrocławiu wzrosła 10-krotnie i wyniosła na początku roku ponad pół miliona m2. Europejska Stolicy (Mono)Kultury może też poszczycić się największym nasyceniem powierzchni handlowych (czyli powierzchni na 1 mieszkankę) w Polsce – w sumie już teraz “mamy” ponad 600 tyś. m2 (nie licząc ogromnej ilości dyskontów i marketów)! Inwestycje w nieruchomości to nie jest działalność filantropijna – powstają, bo ktoś może na nich dużo zyskać. Banki zarobią na kredytach, deweloperzy na sprzedaży. Właściciele firm budowlanych zyskają dzięki niskim pensjom robotników, a firmy handlowe zarobią na niskich kosztach pracy ekspedientek i księgowych. Z kolei międzynarodowe korporacje, wynajmujące powierzchnie biurowe, mogą liczyć na wielką liczbę absolwentek/ów wrocławskich publicznych uczelni, którzy będą pracować za pensje 4-krotnie niższe niż np. w USA, Niemczech lub Francji. Będą przy tym idealnymi pracownicami – z kredytami hipotecznymi zaciągniętymi na 30, 40 lat w tych samych bankach, które finansowały ich miejsce pracy…

Widzimy więc wyrastające, jak grzyby po deszczu, szklane i stalowe kolosy biurowców i supermarketów, które jasno komunikują nam, że w naszym mieście obecne są olbrzymie pieniądze, które pomnażają się dzięki inwestycjom. Czy ten rzekomy rozwój rzeczywiście jest wspólnym interesem i przynosi korzyści wszystkim? Podobnie jak zanotowany w ostatnich latach wzrost gospodarczy Polski wcale nie podnosi jakości życia, tak napływ inwestycji w niewielkim stopniu wpływa na dobrobyt mieszkanek i mieszkańców miasta. Zyski są prywatne, lecz koszty – społeczne. Dzieje się tak, ponieważ powyższym inwestycjom nie towarzyszy równoległa rozbudowa dóbr publicznych i inwestowanie w przestrzeń wspólną. Jest wręcz przeciwnie! W tym okresie nastąpiła degradacja publicznych przestrzeni Wrocławia, a w najlepszym wypadku stagnacja. W ciągu kilkunastu lat zlikwidowano więcej parków, przedszkoli i żłobków oraz połączeń transportu publicznego niż zbudowano nowych. Likwiduje się i ogranicza zasób miejskich nieruchomości, w tym tanie mieszkania komunalne oraz dostępne wszystkim przestrzenie i dobra publiczne.

Dane Urzędu Statystycznego jednoznacznie pokazują kurczenie się dóbr wspólnych we Wrocławiu. Powierzchnia przestrzeni zielonych (parków, zieleńców i zieleni osiedlowej) znacznie spadła w ostatniej dekadzie. Między 2002 a 2012 tereny samych parków zmniejszyły się z 675 do 577 hektarów! Prawdziwa hekatomba nastąpiła w ubiegłym roku, kiedy magistrat wydał zezwolenie na wycięcie 13 000 drzew w mieście. Wycięto m.in. stuletnie dęby przy ul. Suchej, aby postawić nową galerię handlową w rejonie dworca PKS. W zamian zasadzono jedynie 3 600 drzew – były to zwykle małe drzewka ozdobne sadzone w zupełnie innej części miasta. Znikają też ogrody działkowe, które stanowią tanią formę rekreacji oraz produkcji zdrowej żywności wielu ludzi w mieście. Na domiar złego likwidacji zieleni towarzyszy pogorszenie jakości powietrza w wyniku coraz gęstszej zabudowy i coraz większej ilości samochodów.

Mimo, że obecnie mamy ogromne korki (czas przejazdu przez miasto jest we Wrocławiu najwolniejszy w Polsce, wynosi ok. 32 km/h), samochód jest najczęstszym środkiem komunikacji. Jakość usług MPK nie zachęca: tramwaje należą do najwolniejszych i najbardziej niebezpiecznych w Polsce oraz powodujących częste wypadki co wynika m.in. z fatalnego stanu torowisk. Ponadto w ostatnich latach zlikwidowano wiele połączeń i linii, pogorszyły się warunki pracy kierowców (coraz więcej umów zleceń, przemęczenie), a ceny biletów wzrosły o 25%.

Likwidacji mienia gminnego towarzyszy ograniczanie dostępu do wielu innych przestrzeni i usług publicznych w mieście, np.: wzrost cen biletów do kin i teatrów, ZOO czy do ogrodu botanicznego albo zamykanie Wyspy Słodowej i parku Kopernika przy placu Teatralnym. Czy mamy od miasta coś w zamian? Tak – deficytowy i niepotrzebny stadion. Narodowe Forum Muzyki. Klub sportowy na utrzymaniu. Kilkudniowe igrzyska, jak Euro 2012, World Games czy koncerty gwiazd. Czy te inwestycje odpowiadają na realne potrzeby mieszkańców?

Mamy ponadto wzmożoną kontrolę i nadzór, ale to nie władze i biznes są kontrolowane, ale my same. Przejawia się to nie tylko wszechobecnym monitoringiem i obecnością prywatnej ochrony w publicznych miejscach (np. parkach), ale również „czyszczeniem” przestrzeni z tego, co kontrolowaniu przeszkadza (np. duże drzewa) i tego, co nie pasuje do wielkomiejskiej wizji metropolii (np. handel uliczny). Przykładem takiego czyszczenia jest przebudowa Dworca Głównego PKP. Remont obiektu był połączony z wyrzuceniem drobnego handlu, który miał tanią i różnorodną ofertę dla przejezdnych. Postarano się też o stworzenie infrastruktury w ten sposób, by nie mogli z niej korzystać bezdomni ludzie. Wizja miasta realizowana przez polityków i specjalistów od wizerunku to odczłowieczona betonowa pustynia, wyczyszczona z „niezdyscyplinowanych elementów” jak bujna zieleń i spontaniczna aktywność ludzi – zatem idealne miejsce dla maszerujących mundurów: tych szarych z korporacji, i tych brunatnych z faszystowskich bojówek.

W tym wszystkim właśnie zawarta jest przemoc, choć jest ona legalna i usprawiedliwiana jako konieczna. Dla władz miasta liczącymi się obywatelami jest jedynie garstka biznesmenów – to oni otrzymują wsparcie od magistratu, to dla nich tworzy się wizję czystego miasta z betonu i szkła, po którym poruszają się panowie w garniturach, reszta mieszkańców dostaje tylko niezbędne minimum albo spektakularne i niepotrzebne inwestycje. Przemoc tych działań jest konsekwencją neoliberalnej polityki, która pod przykrywką powszechnego dobra, wspiera prywatyzację zysków (banków, deweloperów i międzynarodowych korporacji) oraz uspołecznia koszty, przez wzrastająca kontrolę, powolne ograniczanie miejskich dóbr publicznych i narzucanie coraz nowszych opłat i podatków na zwykłe mieszkanki i mieszkańców. Polityka ta łatwo zapomina, że miasto jest dziełem wielu pokoleń i wspólnym dobrem wszystkich, którzy w nim żyją.